Zew

"...Wierność przodkom, nieświadoma, niewidoczna lub ukryta lojalność, ma nad nami władzę: należy ją uwidocznić – uświadomić ją sobie, zrozumieć, co nas zobowiązuje i nami kieruje oraz - ewentualnie - przetransformować tę lojalność, aby móc w pełnej wolności żyć swoim życiem...” - tak podaje wybitna psycholożka Anne Ancelin Schützenberger w swej książce TAJEMNICE PRZODKÓW. Ukryty przekaz rodzinny. 

Nim trafiłam na ową pozycję, przez kilka lat czułam wewnętrzny imperatyw malowania pejzaży leśnych, najchętniej brzóz, swym klimatem odnoszących się do twórczości rosyjskich realistów XIX wieku. Z każdym nowym obrazem odczuwałam dojmującą tęsknotę, by nie powiedzieć zew z głębi mego jestestwa. Po mniej więcej trzech latach kolekcja liczyła już kilkadziesiąt prac, a końca serii nie było widać. Wtedy zupełnie "przez przypadek" dowiedziałam się od najstarszej członkini rodziny, z którą nie miałam kontaktu od blisko trzydziestu lat, o pewnej zamierzchłej rodowej historii, a sięgającej minionych wieków. Ile w niej zawartości procentowej "prawdy w prawdzie" - nie miałam pojęcia, za to wreszcie poznałam przyczynę "brzozowego przymusu". Wyjaśnienie, dla mnie dość nieoczekiwane, wywołało spore zamieszanie, nim je sobie usystematyzowałam. Aby ta opowieść nie okazała się chaotyczna, cofnę się nieco w czasie i przestrzeni do roku pańskiego 1876 i Witebska, czyli na wschodnie kresy Rzeczypospolitej Polskiej Obojga Narodów. Dodam, że wówczas nasze państwo oficjalnie nie widniało na mapach Europy. Obszar Witebska znajdował się pod zaborem rosyjskim. Otóż mój śp. prapradziadek, rodowity Niemiec, zamieszkał w Witebsku i przyjął posadę w dużej, jak na tamte czasy, firmie. Odpowiadał za finanse prężnie rozwijającego się przedsiębiorstwa, zatrudniającego kilkaset osób. Cieszył się szacunkiem i poważaniem przełożonych oraz podwładnych, że nie wspomnę o rodzinie. W roku 1876 był młodym i dumnym ojcem sześciorga pociech: trzech synów i trzech córek. Najstarszy, Aleksander, właśnie ukończył  sześć lat i już w swych chłopięcych zamysłach szykował się do szkoły powszechnej, zaś najmłodszy - sześciomiesięczny Antoni - dopiero ssał matczyną pierś.
           Pod koniec października, jak co miesiąc, w asyście trzech innych współpracowników, mój praprzodek udał się do banku w Witebsku po odbiór pracowniczych wypłat. Czteroosobowy konwój wracał z gotówką, schowaną w specjalne walizki. Konno, rzecz jasna - wszak samochody znajdowały się dopiero w futurystycznych wizjach przyszłych wynalazców - i traktami wiodącymi przez lasy. Większość z nich nie należała do najbezpieczniejszych. Niestety, wyprawa ta okazała się ich ostatnią. Siła czterech mężczyzn nie wytrzymała naporu skrytobójców. Kto stał za tą napaścią i kim byli napastnicy? Czy zostali pojmani, a pieniądze zwrócone firmie? Czy mieli swoje rodziny lub czy byli znani członkom konwoju? Może był to "przypadkowy" napad, który wymknął się spod kontroli? Tego typu i dziesiątki innych pytań kłębiły się w mojej głowie, nie dając chwili wytchnienia. Nawet nie staram się wyobrazić sobie walki, którą przyszło im stoczyć już nie tyle o pieniądze firmowe, ile o życie.
            Praprababcia w jednej chwili została wdową z sześciorgiem dzieci na łasce i niełasce dalszej rodziny. Co się z nią i jej dziećmi potem działo? Jak się poukładały losy pozostałych członków rodziny, poza linią rodu najmłodszego syna, Antoniego, mojego pradziadka? O ile cokolwiek jeszcze wiem na temat potomków z linii najstarszego syna, Aleksandra, o tyle doli lub niedoli drugiego brata i trzech sióstr - zupełnie nic. Tym niemniej ta dramatyczna historia na tyle mną wstrząsnęła, że rozpoczęłam poszukiwania jakichkolwiek innych, a wiarygodnych źródeł informacji.

         Działałam niczym zahipnotyzowana pragnieniem rozwikłania tragedii. Dotarłam do bibliotek i zdjęć fragmentów gazet wileńskich z roku 1876. Z niekompletnych lokalnych tygodników niczego się nie dowiedziałam, mimo iż czytałam je od deski do deski. Szukałam choćby strzępków wiadomości. Niczego nie znalazłam. Wreszcie uznałam, iż najpewniej o całym zdarzeniu i jego uczestnikach słuch wszelki zaginął, jak po przysłowiowym kamieniu w wodzie. Uznawszy swą bezsilność, poddałam się. Jednak nie na długo. Enigmatyczna kwestia wróciła "mimochodem" rok później podczas wernisażu wystawy całkiem sporej już kolekcji pejzaży leśnych BRZOZY- DRZEWA SŁOWIAN w Centrum Kulturalnym Białorusi w Warszawie. Od dyrektora tejże instytucji, nomen omen urodzonego w Witebsku, dowiedziałam się o przeniesieniu po drugiej wojnie światowej witebskich archiwów policyjnych do głównego archiwum milicji w Mińsku - stolicy Białorusi. Wyjazd do Mińska i przeszukiwanie dokumentacji sprzed 141 lat wydały się niedorzecznością w obliczu braku stosownych funduszy, jak i ograniczonej znajomości tamtejszych realiów. Podobnie podróż do Witebska i łazikowanie po nekropoliach. Chwilowo nie miałam pomysłu na odnalezienie mogiły prapradziadka, o ile w ogóle takowa istnieje, ani poznania końca sprawy sprzed blisko 141 lat. Jednak prawda ta nadal tętniła niezrozumiałą dla mnie energią. Pulsowała na trwale zapisana w pamięci mojego DNA. I domagała się ujawnienia! Mało tego, konieczność obrazowania leśnych brzóz przybrała na sile! Żeby było ciekawiej, traumy, zapisane w osobistej pamięci komórkowej, dawały o sobie znać ze zwielokrotnioną mocą. Nie pozostawało mi nic innego, jak ponownie i z pokorą przyjrzeć się sprawie, lecz już z innego punktu odniesienia. I bez nadmiernych oczekiwań. Dotychczas kluczyłam na zewnątrz, zaś teraz była we mnie ufna zgoda na wgląd w siebie i... na kolejne pejzaże. Prace nad nimi rozpoczęłam po czteromiesięcznym wyciszeniu umysłu i serca. Kierowałam się intencją, jak podczas pisania ikon: o spokój duszy wszystkich uczestników tragicznego zajścia.

PIERWSZY ŚNIEG z mini-serii Witebsk 1876

Od początku pracy nad obrazem Pierwszy śnieg odnosiłam wrażenie, że znajduję się i poruszam pędzlem w ciepłej, złocistej chmurze. W chwili gdy znikała, we mnie także wygasało złociste światło. Odkładałam więc pędzel. W zasadzie nie miałam wyjścia, bo gdy tylko "się sprzeciwiłam", pędzel "sam" wypadał mi z dłoni. Gdy raz się znalazł na podłodze, stwierdziłam: "jestem niezgrabna", drugi raz z rzędu: "jestem niezgrabą do kwadratu". Wreszcie gdy rozum szeptał,  bym dokonała małych, kosmetycznych poprawek, na malowidle już po wygaśnięciu "ciepłej chmurki", ni z tego, ni z owego rozlała się terpentyna. Nie żal, bo i tak resztka. Ostatecznie lekka plastikowa butelka miała prawo się przechylić, a jej zawartość wylać. Dopiero gdy z szafki wypadło zdjęcie pradziadka Antoniego, najmłodszego potomka człowieka, o którym ta opowieść, zaczęłam się poważnie zastanawiać: co to wszystko znaczy i co mi chce przekazać? Pewnie nic szczególnego, tak na zdrowy rozsądek, ale jeśli się mylę? Powoli zaczęłam dochodzić do przeświadczenia, że przeszłość, teraźniejszość oraz przyszłość znajduje się w jednym i tym samym punkcie, a energia pewnych zdarzeń - nie znająca czasu w linearnym pojęciu - ma prawo wybrzmiewać w obrazach, odnoszących się do sytuacji sprzed wieków. To oczywiście tylko luźne spostrzeżenia i mogę się mylić, wszak żaden ze mnie fachowiec od fizyki kwantowej, jedynie zwyczajny artysta z wybujałą wyobraźnią. Nie mylę się jednak co do jednego - własnej duszy i ciała, które podczas malowania Pierwszego śniegu odczuwały silne i często skrajne emocje: od smutku i dławiącego żalu, poprzez czułość i wdzięczność, aż do czystej miłości i pragnienia dziękowania. Dziękowania za wszystko, co mój prapradziadek przeszedł, płacąc cenę najwyższą.

            Gdy malowanie pejzażu dobiegło finału wykonałam fotografię i wysłałam ją mojej koleżance Edycie. Edyta Borzymowska jest znanym wrocławskim coachem zdrowia i może się pochwalić umysłem ścisłym, a nade wszystko detektywistyczną skrupulatnością. Ku jej ogromnemu zaskoczeniu odkryła coś, co nas obie wprawiło w osłupienie, a za co jestem jej niewysłowienie wdzięczna. 

Dzielę się tym, co zobaczyła. Na zdjęciu konaru z lewej strony dwie maski, więc siłą rzeczy automatycznie nasunęło się pytanie o napastników i ich ilość. Poniżej idzie dostrzec twarz kobiety z gładko zaczesanymi włosami i żabotem u szyi, jaki w tamtych czasach stanowił część damskiej sukni. Kto to może być? Pod damską głową na odciętym kikucie konaru rysuje się mocno zniekształcona twarz. Czyja? Druga gałąź brzozy mieści pięć lub sześć twarzy nieco mniej wyrazistych.
Aby było ciekawiej, moje oczy podczas procesu twórczego nie zarejestrowały tego, co się właśnie ujawniło i nijak nie było do ogarnięcia rozumem. Od jakiegoś czasu wiedziałam, że rozum bywa przereklamowany. Przynajmniej mój. Bo gdy ogarniam świat sercem i gaśnie mój racjonalizm, wtedy - paradoksalnie - o wiele głębiej i szerzej pojmuję sprawy. Ciekawy mechanizm, lecz teraz mniejsza z nim. A wracając do sprawy, nie chciałyśmy się z Edytą zapędzać w przypuszczenia, tudzież snuć domysły. One mogłyby niczego nie rozwiązać i jeszcze bardziej historię zagmatwać. Najważniejsze, by do końca pracy nad mini-serią zachować dystans i studzić emocje. Liczyłam bowiem, że kolejne obrazy ujawnią nowe aspekty sprawy. I się nie pomyliłam. 

 


DRUGA DROGA z  mini-serii Witebsk 1876

Początkowa faza malowania Drugiej drogi szła lekko i gładko, a nawet stanowiła pewien rodzaj odpoczynku po pracy nad poprzednim pejzażem, dość mocno eksploatującym emocjonalnie. Natomiast zupełnie "znikąd" pojawiła się myśl, że nauczyłam się malować jedynie w celu przepracowania wydarzeń sprzed półtora wieku. Skoro tak, niech i tak będzie, pomyślałam, lecz w tej samej chwili z głębi serca otrzymałam coś na kształt otuchy: dzięki malowaniu i auto-arteterapii rozwikłam sprawę. Uwierzyłam, że energia miłości - nie mająca oporów w czasoprzestrzeni - wysyłana przodkom i każdemu z uczestników zdarzenia nawet wtedy, gdy już fizycznie nie istnieją w postaci cielesnej, ma moc uzdrawiającą i uwalniającą.

 

DROGA DO DOMU z mini-serii Witebsk 1876
Podczas pracy nad trzecim pejzażem któregoś dnia wybrałam się do sklepu. Zeszły mi na tym całe dwie godziny. W drodze powrotnej do domu zadzwoniłam do Edyty i w trakcie dialogu znienacka odczułam rozpierającą mnie radość, by nie rzec stan euforii z powodu... powrotu do domu. Tak mnie zaskoczył i ubawił ów nagły przypływ szczęścia, że aż musiałam ją o tym poinformować. "Powiedziałaś to z ducha..." - odparła Edyta. Z ducha?! Ale co to znaczy? Tym razem nic nie rozumiałam, aczkolwiek samo stwierdzenie zmuszało do zastanowienia. Moja logika jednak okazała się zbyt ograniczona, by to pojąć, jak również coś, co miało do mnie dopiero nadejść...


           Dwa tygodnie później chciałam skończyć obraz Droga do domu. Nie mając pomysłu na „la grande finale” czekałam na jakiś impuls. Przerzucając strony na FB ujrzałam tekst Grzegorza Moskala: „Kostka lodu aby się rozpuścić, wystarczy, że wystawi się na słońce. Tyle też wystarczy, jak otworzysz się na miłość.” Te słowa, w moim odbiorze - klucze, zarezonowały. Wróciła też ciepła i złocista chmura. Chwyciłam w dłoń żółtą farbę i już doskonale wiedziałam co wykonać, by obraz nabrał właściwej poświaty. Małowałam z zapałem, aż tu nagle i w trakcie pracy dopadał mnie niczym nie dający się wyjaśnić smutek. Gdy odłożyłam pędzel żałość wywołała falę łez. Tama puściła. Dawno czegoś podobnego nie przeżyłam. Do tego doszedł napór bliżej niezidentyfikowanych emocji, na tyle intensywnych, że mnie konkretnie wymęczył. Aby się wyciszyć, weszłam w stan relaksacji. I przed oczyma pojawił się obraz. Na tle błękitu nieba stało kilka bram, których górne łuki zbudowane z białych obłoków układały się w serca. Przechodząc przez pierwszą bramę, natychmiast ujawniała się druga, trzecia, czwarta.... Ile dokładnie, nie wiem. Przemieszczałam się przez nie płynnym ruchem, aż ujrzałam dwie świetliste istoty, przyjaźnie wpatrujące się we mnie i ruchem „ciała” zapraszające do swego towarzystwa. Przyjęłam zaproszenie i weszłam pomiędzy dwie świetlisto-srebrzyste postaci, bez wyraźnych rysów twarzy i specjalnie rozpoznawalnych kształtów. Minąwszy je dostrzegłam, iż za postaciami po mojej lewej i prawej stronie, stoją kolejne dwie. Za tymi nowymi dwiema znów dwie następne, czyli cztery, potem osiem. Ilość potęgowała się w niezwykłym tempie i tak mijałam po obu stronach drogi całe szeregi świetlistych istot, niezliczone rzesze, aż spowiło mnie srebrzyste światło w kształcie neuronu, komórki nerwowej. W tej krótkiej nanosekundzie doświadczyłam siebie, jako świetlistej substancji z wibrującymi odnogami, połączonej niewidzialną mocą ze wszystkimi istotami w szeregach. Będąc światłem odczuwałam spokój i harmonię. Wtedy skończyła się wizja, lecz od razu pojawiła opona z wody. Formą przypominała torusa, wirowałą ruchem lewoskrętnym. Po kilku sekundach rotacja wody ustała. Widzenie znikło. Otworzyłam oczy. Czułam się dobrze.
        Przez najbliższe dni zadawałam pytanie: czy to była wiadomość z drugiej strony lustra, zwanej wymiarem duchowym? Nie miałam pojęcia, lecz zyskałam przeczucie, że droga do domu, powrót do siebie, powrót do rodziny, powrót do Domu Ojca, powrót do Źródła Miłości, czymkolwiek ów powrót jest - dokonał się. 
       Dalszych wyjaśnień sprawy sprzed półtora wieku nie odłożyłam na półkę. Przeciwnie. Postanowiłam pozostać czujna na przypływające do mnie informacje zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz, a każdą z nich witać z ufnością, jakakolwiek by była dla mnie niezrozumiała. Ostatecznie nie muszę wszystkiego racjonalizować, choć dobrze gdy to mi się udaje. O wiele ważniejsze jest, by moja dusza pozostała otwarta i z wdzięcznością przyjmowała to, co warte przyjęcia w sercu. 

Aneta Skarżyński

           

cdn...

 

 

 

 

Please reload

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now